13 - Dlaczego nie poszłam do Szkoły Rodzenia

Każda ciężarna od 20 tygodnia ciąży ma prawo do wyboru położnej środowiskowej i w ramach jej świadczeń, uczestnictwa w zajęciach Szkoły Rodzenia. W pierwszej ciąży skorzystałam z zajęć, w drugiej - wybrałam jedynie położną, bo zależy mi na wizytach patronażowych. Czasami potrzeba żeby na dziecko spojrzał ktoś z boku. Siedząc cały czas ze starszą córką, nie zauważyliśmy, że ma żółtaczkę. Dla nas - po prostu miała taką karnację. Na szczęście, przyszła położna i wyprowadziła nas z błędu.

Ważna jest też informacja, że w czasie ciąży można aż 3 razy bezpłatnie zmienić wybór położnej. Za każdą kolejną zmianę trzeba już niestety zapłacić. W moim przypadku było to całkiem pomocne, bo z zajęć pierwszej szkoły, do której chodziłam byłam bardzo niezadowolona. To była jakaś szopka, ale o tym za chwilę. Po prostu chcę zwrócić uwagę na to, że jeżeli coś jest nie w porządku, to nie ma sensu męczyć się na siłę, tylko trzeba poszukać lepszego dla nas miejsca. Zwłaszcza jeśli jest to darmowe.

Parę słów na temat tej pierwszej Szkoły Rodzenia, dlaczego nie byłam w stanie tam się odnaleźć i szukałam nowej położnej:

- Brak możliwości zapisu na najciekawsze zajęcia - mieliśmy zapisywać się na zajęcia tematyczne osobiście, siedząc na innych zajęciach. Było powiedziane, że jest na przykład 10 miejsc na zajęcia, a kiedy brałam listę do ręki wpisane było już 12 osób i nie było żadnej opcji żeby przyjść chociażby na tzw. krzywkę. W teorii na zajęcia z opieki nad noworodkiem ( typu kąpiel, noszenie dziecka) miały wpisywać się kobiety blisko porodu, a w praktyce zapisywały się takie w 22 tc i niestety, zabierały miejsca, tym którym były one bardziej potrzebne. No, ale skoro pracownicy szkoły w żaden sposób w to nie ingerowali to takie zakończenie było oczywiste.
Kilka razy było tak, że na żadne zajęcia nie było miejsca, więc marnowałam tylko mój czas, bo przepadał mi kolejny cenny tydzień.


- Niedoświadczone położne prowadziły zajęcia - nie pojmuję jak można ustawić na środku sali młodą dziewczynę z zeszytem i kazać jej czytać na głos notatki. To było po prostu niepoważne. Tym bardziej, że biedulka nie wiedziała absolutnie nic ponadto, co miała w kajeciku.

- Namawianie do wynajmowania prywatnych położnych - taka była pointa każdych zajęć. Poród boli i musi boleć, no chyba że wynajmiecie własną położną, wtedy będzie cud, miód, ultramaryna. No, błagam. Po to poszłam na zajęcia żeby nauczyć się jak radzić sobie bez prywatnej położnej. Tym bardziej, że taka usługa to luksus, na który wielu przyszłych rodziców, po prostu nie stać. 

Opowiadanie przyszłym matką, że poród będzie ciężki, chyba że zapłacą - jest po prostu nie fair.

- Samopoczucie po zajęciach - spodziewałam się, że po spotkaniu z innymi przyszłymi mamami będę zadowolona. Pogadam z innymi osobami w tej samej sytuacji, do tego położna, która wesprze nas swoim doświadczeniem i powie, że będzie dobrze. Coś pięknego :)
W praktyce, po półtorej godziny opowiadania, że bez prywatnej położnej, na którą mnie nie stać, będzie jesień średniowiecza a nie poród, wracałam do domu ze łzami w oczach. Zamiast czuć się podniesiona na duchu, że się przygotuję, że wszystko jest do ogarnięcia... byłam załamana.

- Wykluczenie ojca - bardzo chciałam chodzić na zajęcia z partnerem. To chyba oczywiste - będzie przecież cały czas przy porodzie (w przeciwieństwie do położnej, która musi zająć się kilkoma rodzącymi na raz) i będzie musiał razem ze mną opiekować się noworodkiem. Trudno żeby wszystkiego miał się nauczyć z drugiej ręki. 
Niestety zajęcia były prowadzone w takich godzinach, że żaden standardowo pracujący człowiek nie dałby rady na nie dotrzeć. Nie tylko przyszły ojciec, ale pracująca przyszła mama - również. Zajęcia o 10, czy 13 to standard. Najpóźniej 15:40. Zajęcia weekendowe? Nie wchodziły w grę. 


W Szkole Rodzenia, którą znalazłam jako drugą, było dużo lepiej. Nie powiem, że byłam w 100% zadowolona, bo to by była przesada, ale było wiele zmian na plus.

- Zapisy na zajęcia prowadzono online, co bardzo ułatwiło mi życie. Cały proces był po prostu bardziej sprawiedliwy.

Zajęcia w weekend i wieczory -  tutaj śmiało mogliśmy przyjść na 18, albo 20. Był też zorganizowany specjalny weekendowy kurs dla najbardziej zapracowanych.

Zajęcia prowadziła doświadczona położna - każda jej wypowiedź była poparta jakimś odniesieniem do rzeczywistości, do przykładu z jej kariery. To fajne, kiedy ktoś opowiadając może wspierać się własnymi obserwacjami z życia. Mało tego - wiele opowieści dotyczyło jej własnego porodu.


- Nie namawiano do wynajmowania położnej - wręcz przeciwnie. Prowadząca powiedziała, że wielu dyrektorów szpitali uznaje ten proceder za nieetyczny i zabrania go. Z czym ciężko się nie zgodzić - moim zdaniem jeżeli wynajmuję na swoje wyłączne usługi położną, która jest zatrudniona w tym samym szpitalu, w którym rodzę - to jest to nic innego niż pewna forma łapownictwa. 

To tyle jeśli chodzi o ochy i achy. Przejdźmy teraz do negatywów.

- Prowadząca była nie tylko położną, ale też konsultantką laktacyjną - to plus i minus równocześnie. Dużo opowiadała o karmieniu piersią, ale nie przyjmowała do wiadomości, że ktoś może nie chcieć karmić piersią. Laktoterror w czystej postaci.

- Prowadząca była fanką jogi - prowadziła również dodatkowo odpłatne zajęcia z jogi. Dlatego też potrafiła wygłaszać bzdury, że bez jogi dobrze nie urodzisz i tym podobne. Próbowała zmuszać kursantki do udziału we własnych zajęciach.
Może i joga pomaga, nie wiem. Ale nie fajne jest wywieranie presji psychicznej żeby kogoś zmusić do jej uprawiania.


- Ta sama pani prowadziła również specjalne zajęcia z oddychania - zapłaciłam za nie 90 zł. Zajęcia były chyba jedną z największych traum jakie przeżyłam w ostatnich latach. Nie nauczyłam się na nich nic praktycznego, za to do końca życia będę pamiętać jak leżałam na karimacie z nogami w górze, partner dociskał mi kark do mostka, położna dociskała mi podniesione nogi w kierunku brzucha i kazała przeć. Oczywiście, że nie byłam w stanie zrobić tego w sposób, który by ją zadowolił.

Wyszłam z przeświadczeniem, że nie urodzę oraz miłym komentarzem od ukochanego Myślałem, że sobie lepiej poradzisz. Przeryczałam kilka następnych dni. A później bardzo zdziwiłam się na porodówce, kiedy okazało się, że prawdziwy poród jest dużo mniej straszny niż tamta inscenizacja.


A wy? Jakie macie doświadczenia ze Szkołą Rodzenia?

Komentarze