1 - o tym jak wspominam poród

Miałam tu nie pisać o macierzyństwie ani rodzicielstwie jako takim. Po co? Nie mam do powiedzenia nic nowego w tym oklepanym temacie... Ale równocześnie zostało mi 20 dni do rozwiązania i nie potrafię skupić się na niczym innym. O niczym innym nie myślę... chociaż to pewnie naturalne. Mój organizm przejęły we władanie hormony i wszystko skupia się na jednym - na w miarę bezproblemowym porodzie i dobrej opiece nad bezbronnym noworodkiem.



Trochę się zastanawiam dlaczego sobie to zrobiłam. Pierwszy poród pamiętam jako mnóstwo strachu i bólu. Bólu, który był na tyle intensywny, że myślałam, że umieram. Prosiłam położną o cokolwiek przeciwbólowego, ale usłyszałam tylko, że najbardziej mi pomoże jak już urodzę. 
Co w sumie było racją, bo od tego momentu mój poród trwał już tylko godzinę.

Do tego wszystkiego dochodziły wrzaski zza ściany, które sugerowały, że tam to dopiero się dzieje. Mam wielką nadzieję, że tamta kobieta wyolbrzymiała a nie, że faktycznie cierpiała tak strasznie.

Miałam przygotowany nawet plan porodu, ale nikt nawet go nie przeczytał. Nie było na to czasu.

Teraz - nawet nie marnuję sił na przygotowanie go. I tak to nie ma większego sensu, skoro wszystkie zgody należy podpisać przy przyjęciu do szpitala. W ten sposób pomiędzy skurczami podpisywałam pseudo świadome zgody na znieczulenie, cesarkę, nacięcie krocza i Bóg Jeden wie co jeszcze. Gdybym dostała tam zgodę na pobranie nerki to też bym ją podpisała, bo to nie był czas na merytoryczne dyskusje. Chciałam już po prostu iść na porodówkę, bo myślałam że tam tajemniczy ktoś mi pomoże poradzić sobie z bólem.



Dodatkowo dręczyły mnie dreszcze. Nie mogłam ich opanować nawet kiedy zakładano mi rutynowy wenflon... co musiało przeszkadzać położnej. A mimo to, żadna osoba nie wyjaśniła mi, że dreszcze są skutkiem niewłaściwego oddychania. Dowiedziałam się o tym dopiero pomiędzy parciami, ale wtedy to było i tak już bez znaczenia. Żałuję, że nikt nie poruszył tego tematu na szkole rodzenia.

Na zajęciach nauczyłam się za to oddychania przeponą, którego w czasie skurczy nie byłam w stanie powtórzyć. Ból był tak paraliżujący, że nie byłam w stanie myśleć, a co dopiero skupić się na prawidłowym oddechu.



Nauczyłam się też pozycji, które miały przyspieszyć akcję - z piłką, z workiem sako, z partnerem. Mnóstwo fantastycznych pomysłów... W praktyce: po przyjęciu do szpitala położyłam się na godzinne ktg, a potem miałam skurcze parte. W ciągu godziny rozwarcie zrobiło mi się z 3 cm na 10. Nie było opcji żebym wstała z łóżka.

Bardzo demonizowane jest też nacięcie krocza... bo to takie złe i w Polsce robi się prawie rutynowo. Powiem tak - pojechałam z przekonaniem, że nie dam się naciąć. Robiłam wszystko, co kazała położna żeby uniknąć nacięcia więc nie będę nacinana i koniec.

Kiedy przyszło, co do czego to sama bym się chętnie nacięła, byleby tylko poszło szybciej. W momencie, kiedy pojawia się ryzyko niedotlenienia dziecka i ból na jaki nie było się gotowym, nie ma już dyskusji i dylematów.

Poza tym - 3 szwy to nie tragedia.



Podsumowując, nic nie było takie jak chciałam. Nie mogę mieć pretensji do szpitala, czy jego personelu. Wszyscy na porodówce byli mili i uśmiechnięci. Bardzo profesjonalni mimo 5 nad ranem w sobotę.
A mimo to, nic nie przeraża mnie w tej chwili tak bardzo jak powtórzenie tej zabawy.

Komentarze